Wychodzę na dwór
Huczy przedwiośnie w słupach
Deszcz wyświęca pierwsze zawilce
Poprad brudy zimowe pierze
Dymi kocioł Karpat
Po śniegu lnie niebieskim
Idę ciężko jak niedźwiedź
Mruczę coś do obłoków
Nie wszystkie polowania
Tak się skończyły jak chciałem
Nie każdego wolno
Ciężką swą łapą zabić
Skazany na te góry
Z kilkoma purchawkami cerkwi
Z rezerwatem lip
Drzemię w ich zielonych lochach
Nie przyjmuję radości
Spod śniegu wychodzą łąki
Czarne od trucizny
Skazany na te góry
Idę ciężko jak niedźwiedź
Już dawno obudzony
Z wiary i nadziei
Złocisty modrzew w ciemności
wskazywał mi drogę do Ciebie
jesieni płonącym mieczem
- teraz
patrzy tylko na mnie
i nic nie mówią Jej rękawy
marszczone zdumieniem
Nie mówi słowa
Jej bluzka wyszyta
tutejszym krajobrazem
Wyszyta
w dziką różę
serca
Jest spokojna
i jest zwykły
pełen sprzętów dzień
I stoimy
naprzeciw bez słowa
na wąskiej kładce
- podłogi
pod którą szumi
dziki nasz żywot
I widzę
w jej oczach odbite
dwie cerkwie
pełne łez
I ona wodzi
moje szronem
pokryte włosy
Dla których kiedyś
zdjęła
z siebie bez słowa
dwudziestoletni dzień