Która jej piersi strzeżesz
mieczem płonącym i tarczą
Matko Boża na górze cudów
nie gniewaj się tak bardzo

Po co się mamy ze sobą
w wiklinie nadrzecznej szamotać
wypuść mi lepiej z koszyka
jej dwie gołębice ze złota

Bądź opiekunką mych planów
zamysłów złodziejskich wspomożeniem
i niech się nie trwożą cheruby
jej piersi jagnięcych beczeniem

Która jej dekoltu strzeżesz
jakby swej Jasnej Góry
uchyl w staniku jej furtkę
gdy trzecie zapieją kury

I księżyc zasłoń koroną
mych palców bądź orędowniczką
ja ufunduję ci za to
poemat z wierzą gotycką


Pełnia rośnie jak w dzieży 

Dom rośnie w pełni

Rosnę na krześle przed domem

Dom rzuca dom na kilometr

Krzesło ze mną na krześle na kilometr

Komin jak drzewo wędruje daleko

Bo coraz bardziej

rzucało i wydłużało do rana

Dopiero

uszło

oklapło

dom się pozbierał

i my

zeszliśmy z księżyca

jak ze strychu