Która jej piersi strzeżesz
mieczem płonącym i tarczą
Matko Boża na górze cudów
nie gniewaj się tak bardzo
Po co się mamy ze sobą
w wiklinie nadrzecznej szamotać
wypuść mi lepiej z koszyka
jej dwie gołębice ze złota
Bądź opiekunką mych planów
zamysłów złodziejskich wspomożeniem
i niech się nie trwożą cheruby
jej piersi jagnięcych beczeniem
Która jej dekoltu strzeżesz
jakby swej Jasnej Góry
uchyl w staniku jej furtkę
gdy trzecie zapieją kury
I księżyc zasłoń koroną
mych palców bądź orędowniczką
ja ufunduję ci za to
poemat z wierzą gotycką
W górach
czerwonoskóre jelenie
wyszły na wojenne ścieżki
Pod lasem
stoją czerwone pułki
zimowych ptaków
We mgle jedzie
wóz bez konia
Bo na pewno
koń siedzi na wozie
odpoczywa w kożuchu
A wóz samo mu ciągnie
wiekowe przyzwyczajenie
Byłem poetą uznanym
więc dawno nie siedziałem
tak zwyczajnie na trawie
i trawa nie była uznana
tylko zielona
W oddali wieczerniał
Wawel
Siedziałaś ze mną
mała jak Księżyc
twe warkocze
nad trawą
jak jaskółki śmigały
i w twych piersiach
serce jak jaskółka
latało
Mówiliśmy zwyczajnie
bez pomocy metafor
ja stary faun
ty prawie dziecko
Siedziałaś ze mną
mała jak Księżyc
Coraz wyżej
na mgłach