Która jej piersi strzeżesz
mieczem płonącym i tarczą
Matko Boża na górze cudów
nie gniewaj się tak bardzo
Po co się mamy ze sobą
w wiklinie nadrzecznej szamotać
wypuść mi lepiej z koszyka
jej dwie gołębice ze złota
Bądź opiekunką mych planów
zamysłów złodziejskich wspomożeniem
i niech się nie trwożą cheruby
jej piersi jagnięcych beczeniem
Która jej dekoltu strzeżesz
jakby swej Jasnej Góry
uchyl w staniku jej furtkę
gdy trzecie zapieją kury
I księżyc zasłoń koroną
mych palców bądź orędowniczką
ja ufunduję ci za to
poemat z wierzą gotycką
Przez ten rodowód
Przez ten sejmik słów
Pełen zgiełku Harasymowiczów
Idąc jak przez
Wojsk ulicę
Czy mam przerąbać szablą
Na pół ten stół
Czy mam go spalić
Jak Gonta - dwór
Razem z pradziadów portretami
Którym podkręca wąsa
Moja świadomość
Czy mam zakopać w ziemi
Krzywą szablę fantazji
Chyba że
Jak pradziadowie
Dwie chorągwie
Jak przy namiocie
Zatknę przy stole
Jedną
Z lackim Karolem
Krasną drugą
Z Archaniołem
Wychodzę na dwór
Huczy przedwiośnie w słupach
Deszcz wyświęca pierwsze zawilce
Poprad brudy zimowe pierze
Dymi kocioł Karpat
Po śniegu lnie niebieskim
Idę ciężko jak niedźwiedź
Mruczę coś do obłoków
Nie wszystkie polowania
Tak się skończyły jak chciałem
Nie każdego wolno
Ciężką swą łapą zabić
Skazany na te góry
Z kilkoma purchawkami cerkwi
Z rezerwatem lip
Drzemię w ich zielonych lochach
Nie przyjmuję radości
Spod śniegu wychodzą łąki
Czarne od trucizny
Skazany na te góry
Idę ciężko jak niedźwiedź
Już dawno obudzony
Z wiary i nadziei